17.03.2014

"Polsko, jak słodko dla ciebie umierać"- krwawy rejs ORP "Garlanda".


27 maja, 1942 roku, Ocean Arktyczny

Był ładny majowy poranek. Słońce świeciło mocno, lecz nie ogrzewało. ORP "Garland", angielski niszczyciel przekazany polskiej marynarce wojennej, sunął przez wzburzone fale. Polski okręt osłaniał konwój angielskich statków płynących do Murmańska. Na ich pokładzie znajdowały się towary z programu lend-lease, pomoc dla Rosjan walczących z Niemcami.

Od czterech dni, konwój był atakowany przez niemieckie bombowce (Junkersy i Heinkle), niedające spokoju obsługom dział. Z rana (27 maja) można było zaobserwować na niebie, dwa dziwnie wyglądające samoloty zwiadowcze (samoloty dalekiego zasięgu Blunter-Voss). "Garland" ostrzelał je działkiem przeciwlotniczym. Pechowo, jeden z pocisków trafił w polską banderę, która spadła gdzieś na okręt. Jak się później okazało, orzeł był nienaruszony. 

Do godziny 12.00 było w miarę spokojnie, jednak jeden z marynarzy stwierdził, że "coś wisi w powietrzu". O 12.15 zaczęły pojawiać się formacje Junkersów 88 (po 6 samolotów w każdej). Najpierw jedna, potem druga, trzecia... Było ich tyle, że trudno zliczyć. Zaraz wyrosły słupy wody wzbijane przez wybuchające naokoło bomby. "Garland" strzelał do nich ze wszystkich dział i karabinów maszynowych, bowiem niemieccy piloci nurkowali nawet do 50 metrów.

Mat Kisielewski i marynarz Józef Nowosad (Polak mieszkający przed wojną w Brazylii, do marynarki wstąpił na ochotnika zaraz po wybuchu wojny) obsługiwali tego dnia prawoburtowy "Oerlikon". Od razu po pojawieniu się wrogich maszyn rozpoczęli ostrzał. Zdawało się, że niebieskawo-zielone pociski smugowe już dosięgają bombowce, jednak za każdym razem, te zwinne bestie wychodziły bez szwanku.

Mat Kisielewski był niezwykle lubiany przez załogę okrętu. Cały czas mierzył lufą w niebo, wypatrując maszyn nieprzyjaciela. Kiedy tylko dostrzegł jakaś sylwetkę samolotu, grzał do niego z całym animuszem. Na całym okręcie pełno było łusek i odłamków po pociskach, ale najwięcej znajdowało się tam skąd strzelał Kisielewski.

Tymczasem polski korespondent wojenny, Bohdan Pawłowicz znajdujący się na "Garlandzie" podszedł do artylerzystów:
- Jak tam idzie?* - zapytał.
- Dobrze, tylko markotno, że żadnego dostać nie można.
- I dla mnie nie ma roboty - odpowiedział oficer torpedowy, kpt. mar. Borowski.

ORP "Garland" zimą 1942 roku / źr. wikimedia
Bomby zrzucane z samolotów spadały coraz bliżej "Garlanda". Jedna z nich trafiła w okręt, prosto w  tzw. dalekocelownik. "Dalomierzysta i telefonista ciężko ranni. Obsługi dział numer jeden i dwa wybite. Organizujemy nowe obsługi!" - krzyczał oficer artylerii, por. mar. Bartosik. Jeden z brytyjskich dowódców krążownika płynącego obok "Garlanda" tak później opisał tamtą scenę:
"Widziałem ze swego pomostu jak ściana wody i dymu czterech bomb zasłoniła "Garlanda". - Szkoda okrętu. Z Polakami już koniec. - powiedziałem do swoich oficerów, gdy spoza tej ściany wyskoczył "Garland" strzelając z dział i broni maszynowej. Zaimponowali nam..."
Dziób polskiego okrętu stanął w płomieniach. Wszędzie wokoło ranni. Ktoś z dalomierza wynosi dalomierzystę z obciętymi nogami. 
- Ostrożnie z tym... co ze mnie zostało. - powiedział.
Nie można go było uratować, stracił za dużo krwi. Zmarł dzielnie, jak prawdziwy marynarz.

Niemcy widząc dużą chmurę dymu idącą z polskiego okrętu, skupili całą uwagę właśnie na nim. Należało w tym momencie zebrać wszystkie siły i odeprzeć atak. Lewy "Oerlikon" rozpoczął ostrzał, ale prawy milczał. Okazało się, że mat Kisielewski i Józef Nowosad zginęli. Ich ciała jeszcze dymiły trafione masą odłamków. Zaraz ktoś je przykrył kocem.

Poruszając się po okręcie należało uważać, żeby nie pośliznąć się na plamie krwi, których było co nie miara. Mesa została zamieniona na salę operacyjną. Lekarz okrętowy, porucznik doktor Wilhelm Zombroń uwijał się jak w ukropie. Tego dnia musiał amputować kilka kończyn, nie mówiąc już o opatrywaniu pozostałych, mniej rannych marynarzy.

Nieprzerwane naloty skończyły się o godzinie 23.00. Niemcy twierdzili później w swoich raportach, że zniszczyli 16 statków z 39 wszystkich płynących w konwoju. Większość z nich utonęła tego feralnego dnia, 27 maja 1942 roku. Zginęło ponad dwudziestu polskich marynarzy (znacznie więcej było rannych). Jeden z nich, marynarz Wypych, przed śmiercią nucił piosenkę:
- Lżej umierać, gdy się śpiewa - mówił do kolegów.

Jeden z rannych, starszy marynarz Bomba, leżący w kajucie oficerskiej napisał krwią na ścianie:

"Polsko, jak słodko dla ciebie umierać"

ORP "Garland" ostatecznie dotarł do Murmańska w nocy 28 maja 1942 roku. Konwój, oznaczony kodową nazwą PQ-16 okazał się jednym z najkrwawszych w historii.

Poniżej znajduje się link do filmiku przygotowanego przez portal Nowa Strategia, poświęcony polskim marynarzom walczącym w II WŚ. Polecam!


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Bohdana Pawłowicza, pt. Krew na Oceanie.

Wszystkie grafiki z cytatami, znajdujące się na blogu są mojego autorstwa.


Bibliografia:

B. Pawłowicz, Krew na Oceanie, Warszawa 1991

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Popularne Wpisy

Nasz Sklep

Instagram

Facebook

Odsłony

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Nasze Grafiki