19.06.2016

Ukraińcy - pierwsi cudzoziemscy kaci Hitlera

Dwa tygodnie przed atakiem Niemiec na Polskę, 15 sierpnia 1939 roku, kilkuset Ukraińców dotarło na kontrolowaną przez III Rzeszę Słowację. Należeli oni do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Zostali zaproszeni przez admirała Wilhelma Canarisa (szefa Abwehry), który od połowy lat trzydziestych utrzymywał przyjazne kontakty z OUN i jej przywódcą o nastawieniu antypolskim i antysemickim Andrijem Melnykiem. 


Legion Ukraiński przeciw Polsce

Ukraińcy przybyli na Słowację, aby rozpocząć szkolenie wojskowe, po którym mieli utworzyć tzw. Legion Ukraiński (niem. krypt. "Berg-Bauern Hilfe, BBH), potocznie zwany legionem Suszki, od nazwiska dowódcy Romana Suszki. Ten ukraiński dowódca wojskowy i działacz polityczny miał wspomóc armie niemieckie w wojnie z Polską. Od 9 września 1939 roku, BBH uczestniczył w inwazji na nasz kraj. Legion został odkomenderowany do 14 Armii, dowodzonej przez gen. Wilhelma Lista.

Roman Suszko - dowódca BBH
Ukraińcy maszerowali na tyłach wojsk niemieckich. Jeden odział Legionu pokonał trasę od Sanoka przez Lesko, Ustrzyki Dolne i Sambor. Kiedy do wojny wkroczył Związek Sowiecki, został on wycofany do Krosna, a następnie do Zakopanego. Inny oddział maszerował w kierunku południowym, docierając w rejon Stryja. Ukraińcy z tego oddziału dopuścili się ataków na wycofujących się żołnierzy Wojska Polskiego. Udało im się zdobyć wiele sprzętu wojskowego. Po inwazji Związku Sowieckiego na Polskę, Niemcy zostali zmuszeni do rozwiązania BBH. Jednakże członkowie Legionu zasilili inne niemieckie formacje, głownie paramilitarne m.in. Werkschutz i Bahnschutz, które zajmowały się pilnowaniem obiektów przemysłowych i kolei. 

W 1941 roku, Niemcy utworzyli dwa bataliony złożone m.in. z byłych żołnierzy Legionu Suszki: "Nachtigall" i "Roland". Ten pierwszy "wsławił" się pogromem Żydów we Lwowie w 1941 roku. Dwa lata później wielu z tych żołnierzy zasiliło szeregi Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA).

Źródła: Christopher Hale, Kaci Hitlera. Brudny sekret Europy,  Kraków 2012


19.06.2016

04.01.2016

Zima - najtrudniejszy przeciwnik?


Wielu z nas słyszało, że Hitler przegrał wojnę, ponieważ jego armia nie była przygotowana do rosyjskiego klimatu. Z kolej Armia Sowiecka, długo męczyła się z małą Finlandią, dlatego że była słaba, czy może dlatego, że musiała atakować w bardzo niesprzyjających warunkach? Jak było naprawdę? 

Wstęp

W roku 1939 Armia Sowiecka odnosiła zwycięstwo za zwycięstwem. Najpierw w sierpniu rozbiła w Mongolii Armię Kwantuńską (Japończyków) w bitwie pod Chałchyn-Goł. Następnie wspólnie z Hitlerem podzieliła między siebie tereny II Rzeczypospolitej. Wszystkie te kampanie były przeprowadzone bardzo szybko, przy niewielkich stratach własnych. Niedługo miało się to zmienić. Kampania przeciw Finlandii miała w zamyśle jej twórców trwać trzy tygodnie. Skończyła się jednak dopiero po 3 miesiącach. Dlaczego tak się stało? Zaraz wyjaśnimy. Finowie do wojny ze Związkiem Sowieckim szykowali się od roku 1929. Wtedy zaczęły powstawać pierwsze umocnienia na Przesmyku Karelskim, tzw. „Linia Mannerheima”. Był to system obronny rozciągający się na długości około 135 kilometrów i głębokości około 90 kilometrów. W skład tej linii wchodziły pola minowe, granitowe zapory przeciw czołgowe, żelbetonowe bunkry schowane głęboko pod ziemią w taki sposób, aby nie można ich było wykryć z powietrza. Wielu ówczesnych strategów było zdania, że ta linia jest nie do przejścia, nawet w normalnych warunkach atmosferycznych, a co dopiero zimą. Niedługo mieli się o tym przekonać dowódcy Armii Czerwonej, jak i sami żołnierze, którym mówiono, że mieszkańcy Finlandii będą ich witać jako wyzwolicieli!!! 

Krewki "dziadek mróz"!

Pierwszym ważnym czynnikiem, który nie sprzyjał działaniom zbrojnym był mróz. W tej kampanii temperatura potrafiła spaść poniżej czterdziestu stopni Celsjusza. Nie można cały czas atakować, trzeba się czasem okopać. Tylko jak to zrobić kiedy ziemia jest twarda jak granit? Musiano spać w namiotach, w których było tylko trochę cieplej niż na zewnątrz. Ranni Rosjanie nie mieli większych szans na przeżycie. Jeden z pierwszych zagranicznych dziennikarzy, który znalazł się w rejonie walk tak pisał o poległych żołnierzach armii sowieckiej: „Jakże dziwne były zwłoki na tej drodze. Lód zamroził je w pozach, w jakich padli. Poza tym mróz trochę obkurczył ich ciała i rysy twarzy, nadając im sztuczny, woskowy wygląd. Cała ta droga przypominała jakiś wielki gabinet figur woskowych, przedstawiający starannie zaaranżowaną scenę batalistyczną. (…) Jeden z zabitych ludzi zastygł oparty o koło wozu, z długim drutem w rękach, inny ładował akurat magazynek w swoim karabinie”. Finowie natomiast mieli dostęp do bunkrów, w których mróz nie dokuczał, można było zjeść ciepły posiłek, a co najważniejsze, spokojnie się wyspać. Rannych też opatrywano w dogodnych warunkach. 

Zamarznięty żołnierz (ok.1941 roku).
Marzysz o śniegu? Żołnierze sowieccy mieli go po dziurki w nosie!

Drugim ważnym czynnikiem, który spowalniał Armię Czerwoną był śnieg. W niektórych miejscach jego pokrywa miała ponad półtora metra głębokości. Oczywiście takich warunkach poruszanie się jest ogromnie utrudnione. A przecież Finlandia nazywana jest krainą tysiąca jezior. Trudno ocenić gdzie znajduje się dany akwen, wszędzie gdzie okiem sięgnąć, rozpościera się duża warstwa śniegu. Dlatego dla wielu sowieckich czołgów, które wjechały na cienki lód, nie było już ratunku. Jeżeli już przejechały na drugą stronę, często natrafiały na granitowe zapory, które były niewidoczne pod śniegiem. Takie skały powodowały uszkodzenia gąsiennic i innych elementów jezdnych czołgu. Trzecim czynnikiem utrudniającym prowadzenie walki był las, a dokładnie tajga. Trudna do przebycia przez zwykłego człowieka, a co dopiero dla pojazdów. Duże zagęszczenie drzew przeszkadzało w manewrowaniu. Zimą wszelakie ścieżki były zasypane. Żołnierze fińscy pojawiali się błyskawicznie i równie szybko znikali. Każdy z nich potrafił dobrze jeździć na nartach, oraz dobrze strzelać (większość Finów była ubrana w białe maskujące płaszcze, a ponieważ snajperzy czynili sowieckim kamratom ogromne straty, to zaczęto ich nazywać „białą śmiercią”). Jednakże Armia Czerwona, która nie liczyła się z liczbą straconych żołnierzy osiągnęła ostatecznie bardzo wiele. Zajęła całą linię Mannerheima, która była potem systematycznie rozbrajana. Straty w Armii Czerwonej były ogromne (około milion zabitych i rannych oraz 1500 czołgów i 600 samolotów!!!). Finowie stracili około 65 tysięcy zabitych i rannych oraz 100 samolotów. Zawieszenie broni podpisano trzynastego marca 1940 roku w Moskwie. Finom udało się zachować niezależność. 

Finowie przy zdobycznym sowieckim czołgu
Hełmy niczym zamrażarki

Bitwa stalingradzka była toczona od 23 sierpnia 1942 roku, pomiędzy Związkiem Sowieckim a III Rzeszą. Zakończyła się 2 lutego 1943 roku porażką Niemiec. Opisałem warunki panujące na tym terytorium od listopada do lutego, oraz jak sobie z nimi radzono po obu stronach frontu. Zima na dobre rozpoczęła się ósmego listopada. Temperatura spadła do minus osiemnastu stopni Celsjusza. Wołga powoli zaczynała zamarzać. Robiły się kry na rzece, które utrudniały dostarczanie zaopatrzenia walczącym Sowietom.  W armii Stalina nie wszyscy zostali wyposażeni w zimowe mundury (głównie czapki, rękawice, watowane kurtki). Skutek tego był taki, że wielu żołnierzy podczas marszu pozamarzało. Wielu niemieckich żołnierzy, również nie dostało zimowych ubrań, a nawet kiedy dostali to był on nieprzystosowany do klimatu rosyjskiego. Zwłaszcza buty i płaszcze były nieodpowiednie. Natomiast stalowe hełmy działały jak zamrażarki (jedynym wyjściem było owijanie głowy szmatami, czy nawet onucami).  Zdarzały się przypadki, że zdejmowano ubrania z ciał zabitych żołnierzy przeciwnika. Należało się jednak śpieszyć, ponieważ kiedy zwłoki robiły się sztywne, nie można już było takiego trupa rozebrać. Cennym łupem były watowane kurtki i spodnie. Ogromnie ceniono również onuce, które w armii sowieckiej były używane zamiast skarpet. Dużym zmartwieniem był brak rękawic. Dlatego niektórzy zabijali wałęsające się wszędzie psy, a z ich skóry uzyskiwano odpowiedni materiał do zrobienia rękawic. 

Sowieccy kamraci w ciekawych nakryciach głowy
Zasypane rowy - zmora czołgistów!

Mróz dawał się we znaki obu rywalom. Jednak sowieccy żołdacy wytrzymywali go lepiej. Dużym problemem była marznąca mgła. Musiano się posługiwać kompasem, ponieważ widoczność była znikoma. Odmrożenia stóp u żołnierzy niemieckich stały się zjawiskiem bardzo częstym. Nie lepiej było z palcami u dłoni, które były tak spuchnięte, że ledwo mieściły się w osłonie spustu. Na odmrożone kończyny stosowano specjalną żółtą maść, która nie zawsze pomagała. Często wdawała się gangrena, a wtedy ratowała tylko szybka amputacja. Czołgi sowieckie jadące odsieczą walczącym w Stalingradzie, musiały się poruszać po głębokim śniegu. Wiatr często nawiewał biały puch do różnej głębokości rowów. Wjechanie w takie zagłębienie było niemiłą niespodzianką dla załogi. Wielu żołnierzy doznawało wtedy złamań kończyn (głównie ramion), a przypadki wstrząsu mózgu były codziennością. Nie lepiej przedstawiała się sytuacja lotnictwa. Mrozy były tak duże (nawet minus czterdzieści stopni Celsjusza), że silniki w samolotach zamarzały. Nie pomagało nawet rozpalanie pod nimi ognisk. Poza tym, wszelkie opady śniegu, nie mówiąc już o zawiejach czy zamieciach uziemiały pilotów. Sprawa lotnisk, też była nieciekawa. Trzeba było odgarniać śnieg i usuwać lód. Nie tylko mróz był problemem. Podczas odwilży, karabiny zaczynała pokrywać rdza. Wszechobecna wilgoć robiła się nie do zniesienia. Wszystkie rzeczy robiły się mokre i ciężko je było wysuszyć. Pojawiało się błoto, które dodatkowo utrudniało posuwanie się naprzód. Z kolej stwardniała przez mrozy ziemia, powodowała, że pociski z moździerzy i katiuszy odbijały się od niej i przyczyniały się do znacznie większych strat wśród żołnierzy (takie pociski najczęściej trafiały w brzuch). Zdecydowanie najgorzej przedstawiała się sytuacja na otwartym stepie. Kiedy żołnierze się wycofywali, musieli w nowym miejscu kopać bunkry. Nie było to przyjemnością. Ziemia była tak twarda, że nawet rozpalanie ognisk niewiele ją zmiękczało. Oczywiście rozpalano jak posiadano materiał (drewno), o który na stepie niezwykle trudno. Wszystkie chłopskie chaty w okolicy zostawały rozebrane, a zamieszkujących je ludzi wyganiano, często zabierając im wszystkie ciepłe ubrania. Kiedy nie udało się wykopać bunkrów, to spano w dołach przykrytych brezentem. Żołnierze musieli się tulić do siebie, aby choć trochę się ogrzać. Niekiedy wznoszono wały ze śniegu i budowano śnieżne bunkry. W okolicy rzeki Don, armia niemiecka została zaatakowana przez sowiecki korpus pancerny. Tylko jeden most nadawał się do przeprawy. Dlatego wielu Niemców próbowało przejść po zamarzniętej rzece. O ile przy brzegu lód był gruby, to na środku jego warstwa była bardzo cienka. Wskutek tego wielu żołnierzy potopiło się. Niektórym przypominało to przeprawę przez Berezynę w 1812 roku. Armie sowieckie otoczyły zdziesiątkowaną i wygłodzoną 6 Armię marszałka Paulusa. Niemcy walczyli prawie do ostatka sił, wiedząc że w niewoli nie będą mieć większych szans na przeżycie. Zdecydowana większość Niemców zginęła w drodze do obozów pracy lub będąc już w obozach. 

Sowieccy żołnierze w strojach zimowych, pod Stalingradem
Zakończenie

Nadszedł czas na podsumowanie i odpowiedź na zawarte w temacie pytanie. Podczas bitwy stalingradzkiej, zima dała się we znaki armii niemieckiej równym stopniu co Armii Czerwonej w Finlandii. Zarówno Hitler, jak i Stalin spodziewali się szybkiej kampanii. Jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej. Niemcy mogli wyciągnąć wnioski z poprzedniej zimy, którą również spędzali na terytorium ZSRR. Z niewiadomych przyczyn nie zrobili tego. Poskutkowało to tym, że 6. Armia marszałka Paulusa, musiała walczyć nie tylko z głodem ale i z potwornym zimnem. Żołnierze sowieccy byli przyzwyczajeni do mroźnego klimatu. Jednak zlekceważenie skandynawskiego przeciwnika spowodowało ogromne straty (dopiero po trzech tygodniach walk na Przesmyku Karelskim, Stalin wprowadził nowe, doskonale przystosowane do walki zimą oddziały). Dlatego wniosek nasuwa się sam. Nie można wygrać z zimą, jeżeli nie jest się do niej przygotowanym. Staje się ona wtedy dodatkowym (często trudniejszym do pokonania) przeciwnikiem. Kto tego nie zrozumie, ten już przegrał!

Sowiecki żołnierz pilnuje niemieckiego jeńca
spod Stalingradu (1943 rok)
Bibliografia:

1. Beevor A., II Wojna Światowa, Kraków 2013. 
2. Beevor A., Stalingrad, Kraków 2013. 
3. Czarnota Z., Moszumański Z., Wojna Zimowa, Warszawa 1994. 
4. Suworow W., Ostatnia Republika, Warszawa 2000

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach kwartalnika Nowa strategia Nr 3/2013

01.01.2016

2016 - Rok cichociemnych

Posłowie w sejmie uchwalili ustawę, zgodnie z którą, rok 2016 został ustanowiony rokiem cichociemnych. Tym sposobem, męstwo i poświęcenie tych wspaniałych polskich żołnierzy, szkolonych na Wyspach Brytyjskich do walki z okupantem w Polsce, zostało docenione!

Na tę okoliczność, stworzyliśmy specjalną grafikę poświęconą właśnie cichociemnym. Każdy kto chce, może ją udostępnić! Cześć i chwała bohaterom!


01.10.2015

Pilecki - Śladami mojego taty - recenzja



23 września miała swoją premierę książka o pułkowniku Witoldzie Pileckim zatytułowana: "Pilecki. Śladami mojego taty". Premiera książki zbiegła się z wejściem na ekrany polskich kin filmu "Pilecki". Nie jest to przypadek, bowiem autorzy książki, mają bardzo wiele wspólnego z filmem.

Książka ma nader ciekawy schemat prowadzenia narracji. Z jednej strony jest to wywiad rzeka, przeprowadzony z synem pułkownika Pileckiego, Andrzejem, przez Mirosława Krzyszkowskiego (reżyser filmu i współscenarzysta) i Bogdana Wasztyla (współscenarzysta i producent filmu, a zarazem  pomysłodawca "Projektu: Pilecki"). 

Z drugiej strony, autorzy postarali się abyśmy poznali jak najwięcej detali z produkcji filmu. Mamy tutaj bowiem szczegółowe opisy pracy na planie. Poznajemy aktorów oraz miejsca w których kręcony jest "Pilecki". To co uderza w tych opisach to liczne problemy natury technicznej czy logistycznej, wynikające z braku odpowiednich funduszy (państwo polskie nie dołożyło się do produkcji ani złotówki!). Nie ulega jednak wątpliwości, że taki schemat książki jest dosyć oryginalny i dodaje kolorytu lekturze.

Mnie osobiście bardziej przypadły do gustu fragmenty, w których pan Andrzej opowiada o swoim ojcu. Możemy wtedy lepiej poznać jednego z najodważniejszych ludzi XX wieku. Zapewne niewielu z nas słyszało o tym, że Witold był artystycznie uzdolniony. Nie został jednak "etatowym" artystą. Wybrał pracę w rodzinnym gospodarstwie. Był cenionym społecznikiem i propagatorem nowoczesnych form uprawy roli. 

Dokonania wojskowe Witolda Pileckiego docierają do coraz szerszego grona ludzi i to nie tylko w Polsce (czytaj: Książka o Witoldzie Pileckim ukazała się w... Japonii!). Jednak to jakim był człowiekiem, mężem i ojcem w pełni odkryjemy dopiero w tej pozycji. Zwierzenia Pana Andrzeja są bardzo intymne. Nieraz zakręciła mi się łezka w oku kiedy opowiadał o sielankowym, przedwojennym życiu w rodzinnych Sukurczach, żeby niedługo potem przejść do dramatycznych opisów pobytu Witolda w Auschwitz. 

W książce "Pilecki. Śladami mojego taty" Pan Andrzej opowiada nie tylko o swoim ojcu. Opisuje również swoją historię życia w powojennej Polsce, m.in. problemy z dostaniem się na studia czy inne przeciwności związane z tym, że był dzieckiem "bandyty". Jest tutaj również przedstawiona walka o przywrócenie dobrego imienia Witoldowi Pileckiemu w już niepodległym kraju. Niestety wciąż nie odnaleziono szczątków bohatera Europy. Pan Andrzej nie traci jednak wiary.

Książka zawiera bardzo wiele czarno-białych zdjęć, które przypadły mi do gustu. Jednak dodatkiem, który spodobał mi się najbardziej są kolorowe fotografie z planu filmowego. Za to ogromny plus. Natomiast minusa muszę dać za korektę tekstu. Kilka razy rzuciły mi się w oczy błędy w tekście.

Podsumowując, książka "Pilecki. Śladami mojego taty" to pozycja godna uwagi, którą "pochłania" się w błyskawicznym tempie. Raz wzrusza, a raz bawi. Idealna lektura na jesień. Moja ocena to 7.5/10. Polecam!

Tytuł: Pilecki. Śladami mojego taty,

Wydawnictwo: Znak Horyzont,

Rok wydania: 2015,

Oprawa: Twarda


Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy od Wydawnictwa Znak Horyzont. Dziękujemy!

Wpis dodany 01.10.2015 roku.

26.09.2015

Czekolada - Tajna broń II WŚ?

Amerykańscy żołnierze podczas II wojny światowej nie musieli martwić się o wyżywienie. Dostawali odpowiednie racje żywnościowe. W ich skład wchodziła tabliczka czekolady. Niezwykłej czekolady!


Na zdjęciu jedna z racji K, w której skład wchodziła specjalna czekolada, źr./wikimedia commons
"Jak ugotowany ziemniak"

W 1937 roku, kapitan Logan, jeden z amerykańskich oficerów odpowiedzialnych za wyżywienie armii, przybył ze specjalną misją do fabryki czekolady Hersheya w Pensylwanii. Podczas spotkania z głównymi chemikami owej firmy, przedstawił propozycję stworzenia produktu, który w znaczący sposób przyczyni się do przetrwania żołnierzy podczas ewentualnej wojny. Ostatecznie zadecydowano o wyprodukowaniu niezwykle pożywnej czekolady, która nie będzie rozpuszczać się w dłoniach. Dodatkowo miała być niezbyt smaczna, aby żołnierze nie zjedli jej na samym początku, lecz zachowali na wszelki wypadek, kiedy nie będą już mieli czym się pożywić. Kapitan Logan powiedział, że ma smakować jak „ugotowany ziemniak”. Od stycznia 1942 roku do końca II wojny światowej, fabryki Hersheya wyprodukowały ponad 400 milionów tabliczek tej specjalnej czekolady. W jej składzie znalazły się: masło czekoladowe, kakao, cukier (niewiele), śmietanka w proszku, barwniki, wanilia oraz dużo witaminy B1.

"Tajna broń Hitlera"

Opinie o smaku tej czekolady były skrajnie różne. Amerykańskim żołnierzom nie przypadła do gustu. Smakowała jak mydło czekoladowe. Była tak niedobra, że nazywali ją żartobliwie „tajną bronią Hitlera”. Jednakże potrafili docenić jej wartości odżywcze. W trudnych chwilach, na przykład przed bitwą, dawała im dodatkową energię potrzebną do walki z wrogiem. Natomiast europejscy cywile, których Amerykanie częstowali czekoladą, wypowiadali się o niej wyłącznie pozytywnie. Zapewne dlatego, że większość z nich była niedożywiona. Nie ulega jednak wątpliwości, że dając czekoladę zwykłym obywatelom, żołnierze amerykańscy zyskiwali sympatię, nawet wśród niemieckiej ludności. Było to korzystne z psychologicznego punktu widzenia. Za produkcję tej specjalnej czekolady, zwanej po wojskowemu „racją D”, fabryki Hersheya otrzymały pięć nagród wojskowych. Pokazuje to, że te wyroby w znaczący sposób pomagały amerykańskim żołnierzom, którzy walczyli podczas II wojny światowej.

"Czekolada na niespanie"

Co ciekawe, specjalnych czekolad używali również Brytyjczycy. W znaczący sposób pomogły one lotnikom podczas bitwy o Anglię. Zmęczeni piloci, którzy po kilka razy dziennie musieli startować do boju, z radością przyjmowali dodatkową dawkę energii, która stawiała ich na nogi. Amerykańskich czekolad skosztowali również polscy powstańcy. Były one zrzucane przez alianckich pilotów nad walczącą Warszawą w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Polacy nazywali ją czekoladą „na niespanie”.

Źródła:

Stephen E. Ambrose, Obywatele w mundurach, Warszawa 2014
T.W Burger, Chocolate! The wars secret weapon w: America in WWII Magazine, Luty 2007

Wpis dodany 26.09.2015

08.09.2015

15.08.2015

"...Nie było dumniejszych ludzi w całej Rzeczpospolitej, niż we Lwowie"


"... W Polsce każdy ma coś ze Lwowa, stąd jest piękno, honor i duma. I tak naprawdę wszyscy jesteśmy Lwowianami. To stąd ponoć wyszło powiedzenie o dumnych Polakach, nie skundlonych jak w Kongresówce i nie zadających sobie tego wiecznego pytania tchórzy: walczyć, czy nie walczyć. Dlatego Piłsudski, szykując się na wojnę o niepodległość, skierował tu swoje pierwsze kroki... I nie było chyba dumniejszych ludzi w całej Rzeczypospolitej, niż we Lwowie...".

Książka Wiesława Budzyńskiego zatytułowana "Miasto Lwów" nie jest zwykłą pracą prezentującą losy tego pięknego miasta od jego powstania, aż do dnia dzisiejszego. Autor bowiem skupił się na dwóch aspektach. Pierwszym z nich jest przedstawienie najważniejszych postaci, które miały wpływ na rozwój przemysłowy i kulturalny Lwowa. Znajdziemy tutaj, krótkie aczkolwiek ciekawe biografie takich osób jak: Ignacy Łukasiewicz ("król nafty"), Artur Grottger czy Jan Henryk Rosen (sławni malarze). Drugim, znacznie obszerniejszym tematem tej książki są dzieje Lwowa i jego mieszkańców podczas II wojny światowej.


"Barbarian ante portas"
Gawędziarski styl, z którego znany jest Pan Wiesław Budzyński, gdzieś znika, kiedy na kartach opowieści docieramy do września 1939 roku. "Najazd Azjatów" dokonał się błyskawicznie. Wystarczyło kilka dni pobytu Sowietów we Lwowie, aby zohydzić wygląd miasta. Piękna architektura skryła się za kiczowatymi płachtami sowieckiej propagandy. Z jednej z nich spozierał Józef Stalin. W pobliżu pomnika Sobieskiego, Sowieci postawili budowlę ku czci ZSRR. Nie ze spiżu ani z brązu, lecz z ... drewna oblepionego betonem. Czerwona zaraza obległa miasto tak samo jak żołnierze Armii Czerwonej oblegli sklepy. Nigdy nie widzieli takiego dobrobytu i cywilizacji. Niektórzy niszczyli wszystko co wydawało im się obce i czego nie rozumieli. Hrabina Lanckorońska opisała zachowanie jednego z tych żołdaków, który wprosił się do jej mieszkania: "...wyrzucił z kuchni wszystkie bardziej skomplikowane urządzenia. Szczególnie groźną postawę zajął wobec instalacji wodociągowej. Już Andzia mnie uprzedziła, że coś jest źle, bo on daje nura do klozetu. Na drugi dzień latał już za nią z rewolwerem, oskarżając o sabotaż. Za jej sprawą bowiem woda po pociągnięciu za łańcuszek nie spływa bez przerwy, tak że on nigdy nie może nadążyć z umyciem głowy...".


Rasa Panów
Dobre stosunki radziecko-niemieckie trwały niespełna dwa lata. Hitler w czerwcu 1941 roku napadł na Związek Sowiecki. Jednego agresora zastąpił kolejny. Jednakże Sowieci, a dokładnie NKWD zanim opuściło Lwów dokonało strasznej rzezi na przetrzymywanych więźniach, w ogromnej mierze więźniach politycznych. Wielu z nich rozstrzelano, a ciała zamurowywano w więziennych lochach. Życie pod okupacją niemiecką nie było jednak lżejsze. Budzyński opisał m.in. akcję lwowską (zamordowanie lwowskich profesorów) oraz duży udział w niej Pietera Mentena (jednego z największych handlarzy zrabowanych dzieł sztuki podczas II wojny światowej. Menten po wojnie zamieszkał w Holandii, gdzie żył jak bogacz). Z książki dowiemy się coś niecoś o zaginięciu Eugeniusza Bodo oraz całkiem sporo o bohaterach lwowskiej konspiracji.



Tragedia na Wołyniu
Pan Budzyński doskonale opisał masakrę Polaków dokonaną przez Ukraińców na Wołyniu. Szczególną uwagę poświęcił roli kościoła unickiego, którego kapłani często inspirowali swoich słuchaczy do mordów na ludności polskiej ("... dość już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego pionka (pieńka) z korzeniami"). Metropolita Andrzej Szeptycki, który przewodził temu kościołowi jest teraz wynoszony na ołtarze przez papieża Franciszka. Zachowanie jego kapłanów było przepełnione nacjonalizmem ukraińskim. Nie dziwi więc fakt, że potem Sowieci z taką zaciekłością starali się zlikwidować duchowieństwo unickie.

Na ratunek kulturze
Druga okupacja sowiecka rozpoczęła się w 1944 roku. Nowe porządki przyniosły ze sobą kolejne zniszczenia polskiej kultury. Profesorowi Mieczysławowi Gebarowiczowi, który jeszcze podczas okupacji niemieckiej opiekował się zbiorami Ossolineum zawdzięczamy bardzo dużo zachowanych eksponatów i księgozbiorów. Niestety zmarł on w 1984 roku. Do ostatnich swoich dni nie mógł się pogodzić z odebraniem Polsce Lwowa. 

Ocena
Książkę polecam wielbicielom Lwowa oraz polskiej historii. "Miasto Lwów" jest bogato ilustrowane i wydane na dobrej jakości papierze. Do wad należy zaliczyć, miejscami chaotyczną strukturę opowieści (np. opisując zaginięcie Eugeniusza Bodo, autor kończy swoją narrację w pewnym punkcie po czym odsyła nas do przypisów, gdzie znajdziemy ciąg dalszy). Moja ocena to 7.5/10.

Dodane 15.08.2015

Autor: Wiesław Budzyński,
Tytuł: Miasto Lwów,
Wydawnictwo: Świat Książki,
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014,
Okładka: Twarda,
Liczba stron: 368

Popularne Wpisy

Nasz Sklep

Instagram

Facebook

Odsłony

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Nasze Grafiki